Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - Armagedon, który dotknął gospodarkę Europy odbił się również na Nas. Oczywiście moglibyśmy wstrzymać realizację wszystkich naszych potrzeb i tak częściowo jest, ale z drugiej strony nie można odmawiać sobie wszystkiego, a szczególnie wakacji. Tak więc przez wzgląd na sytuację gospodaczą wybraliśmy autostop jako środek lokomocji. W plecaku znalazły się tylko najpotrzebniejsze rzeczy aparaty fotograficzne, bielizna, ręczniki, mapę itp.
Na początku przejazd nie nastręczał dużych trudności. Podróż autostopem przez Czechy, Austrię i Włochy to nie jest nic trudnego. Ludzie są sympatyczni, pomagają zorientować się w terenie, a GPS w palmie pozwala mieć poczucie, że wie się gdzie się jest. 2000 kilometrów przejechaliśmy w ciągu 48 godzin właściwie za darmo. Poznaliśmy wielu ciekawych ludzi - generalnie jest co wspominać.
Po dotarciu na wybrzeże same porażki - kemping, który wybraliśmy nie miał kompletnie żadnej infrastruktury, nie było prysznicy, ani toalet - zupełnie jak 15 lat temu w Polsce - tylko ceny porównywalne do wynajęcia pokoju w hotelu. Co zresztą zrobiliśmy, po dwóch dniach pobytu przenieśliśmy się do motelu. Całość kosztów codziennych wyszła nawet niżej, bo Bed and breakfast było 8 euro na osobę tańszy niż pole namiotowe bez bieżącej wody i samodzielne gotowanie.
Ograniczony czas wakacji niestety nie pozwolił nam na odwiedzenie wszystkich okolicznych zakamarków. Troszkę chodziliśmy na skalistą plaże, troszkę łaziliśmy się po klifach, trochę próbowaliśmy przysmaków miejscowej kuchni. Niestety w trakcie jednej z wypraw na skałki ktoś był uprzejmy rąbnąć nam cały plecak. Pal licho stos brudnej bielizny, ale niestety przy okazji zginął też aparat Nikon D90 oraz walkmann Olympus. Trochę nam to skwasiło nastój i niestety wymusiło wydatki. Ostatni tydzień niestety cały czas lało, więc do domu powróciliśmy w nastrojach minorowych z poczuciem zmarnowanego czasu.